Na moim profilu facebook’owym mogliście zauważyć, że wybierałam się do kina na VII część Gwiezdnych Wojen: Przebudzenie Mocy. Tzn. moja druga połówka koniecznie chciała iść. No to się zgodziłam ;). Jednak przed samym wypadem do kina musiałam jeszcze coś zrobić – mianowicie obejrzeć wszystkie wcześniejsze części. Tak, przyznaję się bez bicia – jestem jedną z nielicznych osób na tej planecie, które wcześniej nie oglądały żadnego filmu z sagi o Gwiezdnych Wojnach. Po uzupełnieniu braków przynajmniej byłam na bieżąco i wiedziałam co się dzieje na ekranie :).

Akcja VII części dzieje się 30 lat później od wydarzeń z VI części. Po śmierci Lorda Vadera zło, niestety, odradza się ponownie. Powstaje kolejna „Gwiazda Śmierci” – tym razem jest to istniejąca już planeta, która została przysposobiona do niszczenia innych planet przez Najwyższy Porządek. Kto jednak może pomóc przy jej unicestwieniu? Luke! Ale gdzie jest Luke?! Nasz ostatni rycerz Jedi skrył się gdzieś w odległej galaktyce i nikt (ani dobra, ani zła strona mocy) nie może go odnaleźć, chociaż wszyscy szukają. Nawet istnieje mapa, która została podzielona na kilka części. Ostatecznie okazuje się, że części są dwie – jedna z nich ukryta jest w zahibernowanym R2-D2, a druga w nowym droidzie BB-8.

Jednak zło nie śpi. I tutaj pojawiają się kultowe postacie jak Leia, Han Solo czy Chewbacca. Do ekipy dołącza nowe pokolenie: Rey i Finn. Rey jest dziewczyną, która potrafi o siebie zadbać. W młodym wieku straciła rodzinę (ciągle czekała na ich powrót, no ale się nie doczekała bidulka) i mogła polegać tylko na sobie, co jej dobrze wychodzi. Finn jest natomiast byłym szturmowcem. Stwierdził pewnego dnia (w wyniku określonych okoliczności), że zła strona mocy nie jest dla niego i chce odmienić swoje życie. Nawet mu się to udało ;).

Aby zniszczyć nową Gwiazdę Śmierci, nasi bohaterowie muszą z jej poziomu zdezaktywować przekaźnik mocy. W międzyczasie następca Lorda Vadera – Kylo Ren i jego ekipa porywają naszą Rey. Nasi najdzielniejsi bohaterowie – Han, Chewbacca i Finn, wyruszają na wyprawę uratowania swojej towarzyszki, ale nie tylko – jak wspomniałam muszą też zdezaktywować źródło mocy śmiercionośnej planety. Rey jest jednak dzielną dziewczyną i uwalnia się sama – okazuje się, że jest odporna na działanie mocy Kylo Ren’a, ponieważ… sama posiada taką moc i to nawet mocniejszą! Ale nie wspomniałam o tym kim jest Kylo Ren. Jest osobnikiem stojącym po złej stronie mocy, ale czy jest związany z naszymi bohaterami? Okazuje się, że tak! Jest to syn Lei i Hana Solo, czyli wnuk Lorda Vadera! No coś złego w tych genach w co drugim pokoleniu u Skywalkerów musi być ;).

Czy uda się pokonać zło po raz kolejny? Czy dobra strona mocy odszuka Luke’a? Czy nowi bohaterowie będą mieli wpływ na dalszą historię? A jak potoczą się losy kultowych bohaterów?

Ja już wiem, ale Wam nie powiem ;). Nie, żebym była złośliwa, ale odpowiadając na te pytania zepsuję Wam cały odbiór filmu.

A teraz coś o moich odczuciach. Przede wszystkim w filmie Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy brakowało mi prawdziwych walk na miecze świetlne. W wcześniejszych częściach walki może nie były mocno imponujące, ale jak trzeba było, to i jakieś kończyny zostały odcięte. A tutaj nic! Chociaż kilka razy pewne osoby mogły ręce stracić. No i jeszcze aktor grający Kylo Ren’a. Masakra! Jak ściągnął po raz pierwszy hełm na ekranie, to jedynie co o nim pomyślałam to: Ale przychlast! W filmie było też wiele sytuacji zabawnych i cała sala kinowa ryczała ze śmiechu w tych samych momentach. Widać oczywiście postęp w technice filmowej – efekty specjalne robią swoje, ale charakterem VII część bardzo fajnie nawiązuje do poprzednich części, przez co cała saga jest moim zdaniem spójna.

Ogólna ocena: Polecam! Warto jednak obejrzeć wcześniejsze części, aby przypomnieć sobie co się działo :).